przyjechałam do Tomaszowa i już mi się tęskni za Warszawą.

uwielbiam tę jej brzydotę. dzisiaj mówią tylko obrazki.

jeden wpis na miesiąc. nieźle.

trochę życie ucieka mi przez palce wciąż i nieustannie, ale i tak jest już dużo lepiej. paru rzeczy żałuję, z wielu nie jestem dumna ale tabula rasa, zaczynam od nowa. tak zupełnie, jakbym znowu miała 18 lat i zastanawiała się nad swoją przyszłą drogą.

ostatni okres uświadomił mi bardzo to ile mam jeszcze czasu. mogę wszystko ( nawet pisać takie banały jak z piosenek dla nastolatek ) mogę i nikt mnie nie będzie z niczego rozliczał. trochę bolesna nauka ale przydatna jakby nie patrzeć.

byleby tylko opanować swój marazm. blokada jeszcze gdzieś tam siedzi, cały pic polega na tym, żeby się nie wycofać w dogodnym momencie. co jak co, do tego mam talent.

ale przyjmuję ten niepokój z należytym spokojem. to niewiarygodne i szaleńcze. ale nie powiem nic już więcej.

nie mam zdania

nie posiadam się ze snu z którego próbujesz mnie obudzić
a przynajmniej takie wysnułam pobożne życzenie w okresie
bez żadnych świąt po drodze i bez boga te światła biegnące do celu
który nie ma współrzędnych

połóżmy się jeszcze na chwilę dajmy sobie pięć minut na ciepłego
drinka z zimnym lodem sokiem wyciekły mi już wszystkie pekaesy
i nawet nie wiesz jak bardzo chciałabym cię zatrzymać kiedy znowu
będę uciekać a ślina zrobi się sina z tego gorąca oszronionych szyb
w twoim samochodzie bo ja nigdy nie nauczyłam się prowadzić w tańcu
ale kłam tak jak mówię że nie chcę bo będzie mi ciebie brakowało kiedy już zdecydujesz
i wyciągniesz z kapelusza zdechłego zająca

potrzebuję zajęcia bo gniję. specjalnie nie powiedziałam ‘pracy’ –  zajęcia, ruchu, oddychania, bo powoli zanika u mnie umiejętność wykonywania jakichkolwiek czynności, niedługo przestanę chyba chodzić.

pisanie jednego wiersza na dwa tygodnie nie jest zajęciem wyczerpującym potrzebę.

oglądamy tanie filmy i nie chce nam się spać
film nam się urwał aktorzy odmówili dalszej współpracy
ale może to wina wątłego scenariusza i wątpliwej jakości trunków serwowanych na bankiecie
tuż po pierwszym klapsie którego tak naprawdę nie było ale za to mamy fajne zdjęcie
którym możemy pochwalić się znajomym i kiedy tak mówisz do mnie
o zdobytych wysokościach i pożyciach niekoniecznie małżeńskich to myślę
o tych wszystkich naiwnych dzieciach wierzących w mikołaja i o tym że
do nich nie przyjdzie bo ich rodzice nie dostaną pensji ani bonusów świątecznych
zdaję się że przepiliśmy już wszystko

i czekamy na cud w ciasnych uliczkach bo może będzie inaczej niż w last christmas
ale zdaję się że gdzieś już słyszałam tę melodię i rytm smolistych wdechów
czekania na cud w wąskich przejściach starego miasta bo nie umiemy
rozstawać się z klasą a nocne popłynęły w inną stronę to u mnie czy u ciebie?

trouble is that you don’t care

proces autodestrukcji: mode on  odliczanie rozpoczęte

to są tylko desperackie próby łapania rzeczywistości za łeb i ratowania autorytetu, proces trwa w najlepsze od tak dawna, że trudno to policzyć. w każdym razie nie będę się już pastwić nad sobą, ani nad nikim innym, zwłaszcza nad tymi biednymi ludźmi którzy nie daj bóg trafią tu przypadkiem i coś przeczytają. to koniec, ujadania i biadolenia jak pięcioletnie dziecko, w końcu jestem już dorosła, czyż nie?

tak się jakoś poskładało, że ten blog stał się zapisem jakiejś depresji, jakiegoś smutku, który może znaleźć się tylko tutaj bo nikt normalny w normalnych warunkach, by tego nie słuchał ani nie czytał. jest on dość nieudolny, nie oszukujmy się, ale jest mój, bo zegarek tyka w głowie, tik tak tik tak, tak tak w kółko

nigdy nie miałam zegarka, może dlatego wszędzie się spóźniałam i spóźniam nadal bo przecież ciągle się go nie dorobiłam. jedyny jaki kiedyś dostałam na urodziny, zepsułam bardzo szybko. czas jest przerażający, a im bardziej się go boisz tym spieprza co raz szybciej aż w końcu go nie ma i wtedy zdajesz sobie sprawę, że wszystko co tylko się dało zostało spieprzone i nie ma powrotu, ale nie można o tym powiedzieć, przyznanie się byłoby ruchem ostatecznym zamykającym drzwi na zawsze a tak zostają chociaż pozory do których możesz przytulić się wieczorem. wiadomo, to nie do końca to czego się spodziewałeś, ale ciesz się tym co masz, bo nieuchronnie nadchodzi czas kiedy i to minie i kiedy nie będzie już niczego.

jakby dało się przeczekać nic może byłabym szczęśliwa. pewnie, że to lenistwo, nie zaprzeczam i wtedy znowu widzę Ciebie, tu gardło się urywa.

Jest zimno. Jestem zimna jak trup. Za oknem minus pięć i chyba kocham Cię wciąż.

Ale ja dzisiaj nie o tym.

Dawno już ten mróz nie gwałcił mnie tak brutalnie, nie wstrzymywał mięśni. Jakoś tak się złożyło, że pogoda za oknem współgra z każdym moim lękiem, który w założeniu miał siedzieć gdzieś głęboko i się nareszcie nie odzywać. Wypełza mimo wszystko, a mnie już chyba wszystko jedno. To trochę jak w literaturze, uczyły mnie zastępy polonistek: stan natury odzwierciedla przeżycia duchowe bohatera głębokiego. Tylko żadna ze mnie bohaterka żadnej powieści, żadnej wiejskiej przyśpiewki nawet. Ja jestem sama. A samotność nie jest specjalnie trendy, zwłaszcza jak się nad sobą ktoś tak użala i męczy, a nie jak człowiek po prostu jest singlem świadomym swych walorów i kobiecości klękajcie narody!

Ja jestem sama. Powiem więcej: boli mnie to kurewsko i gówno mnie obchodzi to twoje ale jesteś taka piękna skoro i tak nie zabierzesz mnie do domu i nic się nie zmieni. Over and over again. Słuchawki będą wrzynały się uszy i wprawiały w masochistyczną rozkosz.

To właśnie chyba jest tak, że ja lubię ten mróz, lód ( kostki lodu, maszyna do lodu ). Chyba nic innego już nie potrafię sobie wyobrazić, instynkt samozachowawczy rozwinięty w stopniu maksymalnym. Dałam już tyle ciepła, że dla mnie nie zostało nic poza chłodnym płomieniem ( płomykiem? ) zapałki. Żałosne.

I nawet teraz się wstydzę, że potrafią mi wyjść spod palców takie gorzkie żale.

Życzyć dobrej nocy, było by w tym momencie lekkim nietaktem.

 

*zdjęcie Ola Zaborowska

Porozmawiajmy o słabości. Jak na razie, nauczyłam się tylko tyle, że nie wolno mi być słabą, a dziś wieczór ( noc? rano? ) właśnie tak się czuję i nie będę silna choćbyś kazał mi to powtarzać nawet tysiąc razy. Musisz być silna, musisz być silna. Nie będę.

Pogódźmy się z tym, że jesteśmy słabi. Wszyscy. Każdy. Nieważne co powiesz i jak bardzo zamkniesz się w sobie.

I ta wieczna melancholia, ciągły umysłu stan przedzawałowy. Nie śpię bo nie mogę, chociaż powinnam. Jestem chora, a jutro czeka mnie ten jeden z najgorszych dni, nie wiem czy nie najgorszy. Zmuszę się do wyjścia z domu i będzie jak zawsze: ból mięśni i pożar, obmyślanie kolejnych sposobów na zniknięcie, kilka radosnych wersów w komunikatorze i kolejne kilka godzin snu, koło się zamyka. Scenka obyczajowa: jadę autobusem i zastanawiam się jak bardzo bolałoby znalezienie się pod jego kołami, bardziej niż teraz? Połamane kości są nader kuszące, tylko dopije te wszystkie piwa, wypalę tyle papierosów ile pomieszczą moje drobne płuca. Gratuluję przeżyłaś kolejny dzień, w nagrodę jutro nic się nie zmieni.

Mówisz mi, że jestem do niczego tak jakby to nie było oczywiste. Powiem Ci coś jeszcze: wszyscy zdechniemy jak te rozjechane koty na asfalcie, tyle po nas zostanie, te parę tkanek wnikające w ziemię. Każdy ma problemy, w niczym nie jesteś wyjątkowa.

Dogorywam. Dobranoc.

dogorywanie

I

lwice schowały się w jamach marzną na samo wspomnienie upału
gałęzie drżą niespokojne jakby wierzyły że jednak coś się wydarzy
ciągle cisza bez burzy szkoda zapowiadał się niezły harlequin a teraz
to nawet nie jest materiał na tanie porno

niestety nie jesteśmy zwierzętami może wtedy wszystko byłoby inaczej
ja bym nic nie czuła a ty byś po prostu pieprzył
i nie zadawał pytań egzystencjalnych
sens istnienia nie istnieje! a podobno to ja jestem dzieckiem

II

płonie las za oknem pociągi uciekając topią szyny
pożary zabierają ludziom tlen a my nigdy nie mieliśmy go za wiele
zapewniam cię że już nigdy nie odetchniesz

III

zostałam sama i mgła nad torami to się zdarza
a po nas już tylko gorzkie żale nieme kody w serwerowni
poszło z dymem na szczęście

 

Muszę się uczyć, mam dużo roboty, więc zakładam bloga. To takie naturalne. Podejście to  już chyba setne, ale tak to się jakoś układa, że rzeczy z którymi się nosi od dłuższego czasu udają się paradoksalnie wtedy kiedy nie ma na nie sposobności. Ale teraz chyba takiego swojego miejsca potrzebuję i miejmy nadzieję, że zapał nie okaże się słomiany po raz kolejny.

Już bez zbędnych formalności, witam, zapraszam, będę tu pisać.

I na przekór zacznę tekstem, który traktuje o jakimś ( nie do końca określonym)  końcu.

21 maja miał być końcem świata i w moim odczuciu był nim niewątpliwie. Coś pękło, coś krwawiło i coś nie chce się zagoić. A ja ciągle naiwnie wierzę, że nie będzie nawet śladu, no przecież miało być tak pięknie… A być może, okażę się, że ranę trzeba wyeksploatować do kości, może dopiero wtedy przestanie boleć? Na razie chyba nie potrafię odpowiedzieć, wszystko jest zbyt świeże. Myślę, że właśnie coś takiego określa się mianem nadwrażliwości.

A jutro jeszcze sąd ostateczny po końcu świata.

finał

jestem gotowa. proszę przekłuj mi bok, pozwól się wykrwawić
przecież nie będziemy stać tutaj w nieskończoność, każda noc ma swój finał
tylko wrzask, będzie unosił się jeszcze długo. to coś między bólem a pożądaniem.

pewnie spotkamy się jeszcze, na jakimś zagranicznym serwerze wymienimy
zdawkowe zdania, przez pancerną szybę poobserwujemy życie
w którym być może nigdy nas nie było.
przemilczymy, zamarzniemy.

*zdjęcie Ola Zaborowska

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.